Półmaraton Warszawski 2016, czyli od marzeń do linii mety

Udało się! Przebiegłam półmaraton! 
Dla niektórych to żaden wyczyn, dla innych z kolei cel kompletnie poza zasięgiem możliwości. Dla mnie było to jednak ogromne marzenie, mobilizacja do pracy i sprawdzian. Ale od początku - jak wiadomo ścieżka do realizacji celów zwykle jest kręta i wyboista.






Skąd pomysł? Wydało mi się naturalną koleją rzeczy to, że skoro biegam zwykle dziesiątki i piątki, fajnie byłoby spróbować czegoś więcej. O swoim nieśmiałym marzeniu pochwaliłam się w wywiadzie, którego udzieliłam w październiku. Ten z kolei wywołał lawinę - po jego lekturze biegający znajomi już przy najbliższym spotkaniu pytali kiedy biegnę, zaś zaraz potem zaproponowali wspólny start w Warszawie. Przekonywali, że dam radę w momentach, gdy wątpiłam we własne możliwości. Okazja idealna! Zapisałam się!

Nadszedł okres treningów, który okazał się dla mnie nawet trudniejszy aniżeli sam start. Moim celem było samo ukończenie biegu, ponieważ dotychczas nigdy nie przekroczyłam granicy kilkunastu kilometrów biegania. Czas nie był istotny. Budowanie wytrzymałości wymaga rzecz jasna pracy, dlatego moim zwyczajem przystąpiłam do planowania. Schemat, za którym miałam podążać był ambitny i przyznam szczerze, że udało mi się go realizować jedynie przez tydzień. Potem inne zajęcia ruchowe i nie tylko, ale także i leń, zaczęły sabotować moją pracę. Tak, mi też często nic się nie chce. Treningi niestety pojawiały się raczej losowo, dodatkowo przeplatane startami w lokalnych biegach.



Ostatni miesiąc przed startem okazał się totalną katastrofą... Ilość wolnego czasu jakby skurczyła się. Obowiązki w pracy sprawiały, że po powrocie do domu nie miałam ani sił, ani ochoty na ruch. Samonapędzająca się machina.

Na półtora tygodnia przed biegiem rozchorowałam się dość poważnie. Na tydzień mogłam zatem pożegnać się zarówno z treningami, jak i jakimkolwiek wychodzeniem poza dom. Start do ostatnich dni wisiał na włosku, pomimo wszystkich ustaleń, zaklepanego hotelu czy obietnic. Chodziło o bezpieczeństwo zarówno moje, jak i innych uczestników. Chyba nikt nie chciałby potem mieć do czynienia z epidemią. Na całe szczęście na kilka dni przed biegiem wydobrzałam i udało mi się testowo strzelić zaledwie kilka kilometrów, by sprawdzić czy pamiętam jeszcze jak się biega… Przez cały czas musiałam powtarzać sobie “lewa, prawa, lewa…”. Moje morale podupadło wraz z kondycją.

Na sam bieg pojechałam ze sporą dozą niepewności, ponieważ pomimo wcześniejszych planów ostatecznie nie przekroczyłam treningowo 15 kilometrów. Po prostu nie miałam bladego pojęcia, czy dam radę ukończyć bieg. Odpuściłam wszelkie ambicje, przekalkulowałam wszystko, założyłam bezpieczne w mojej sytuacji tempo i mimo wszystko postanowiłam spróbować moich sił. Oczywiście na każdą ewentualność miałam gotowy plan awaryjny - w razie braku sił, kontuzji, konieczności przejścia do marszu, apokalipsy zombie oraz wybuchu wulkanu.



Dzień startu okazał się piękny, entuzjazm wrócił. Słońce od rana witało w Warszawie wszystkich biegaczy i kibiców. Okolice placu Trzech Krzyży zmieniły się w raj biegaczy - muzyka dająca kopa, kolorowe koszulki, wspólna pasja... W jednej chwili wszelkie wątpliwości zniknęły. Po prostu wiedziałam, że znalazłam się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie.
W gąszczu uczestników znalazłam koleżankę z drużyny, która zamierzała biec w podobnym tempie. Aż do 17 kilometra trzymałyśmy się razem. Obie tego potrzebowałyśmy. Tym oto bezbolesnym sposobem ja miałam szansę przegadać większą część biegu, a ona nie miała szansy uciec od mojej paplaniny.

Byłam pozytywnie zaskoczona poziomem organizacji. Punkty z wodą, posiłki i kibice na trasie nie pozwalali poczuć nawet odrobiny zmęczenia. Niedługo przed słynnym podbiegiem na Belwederskiej wyrwałam nieco do przodu tak, że pokonawszy już ten stromy fragment truchtem, przyspieszyłam aż do samej mety. Dzięki temu udało mi się zrealizować zakładany plan co do minuty.


Wbiegając na metę czułam ogromne szczęście, że już udało mi się zrealizować cel, że nie wymiękłam, że ani razu nie zatrzymałam się. Żałowałam jedynie, że z racji dzikich tłumów nie mogłam od razu podzielić się moim szczęściem i dumą z nikim znajomym. 

Bieganie uzależnia… Ledwo zdążyłam znaleźć znajomych z drużyny i wymienić się gratulacjami, a już cicho zastanawiałam się, kiedy znów wystartować na tym lub nawet dłuższym dystansie.

Póki co jednak wciąż korzystam z zasłużonego odpoczynku i regeneruję się. Bardzo cieszę się, że udało mi się zrealizować jedno moich głównych celów na ten rok. Niezależnie od tego, czy i kiedy jeszcze wystartuję w półmaratonie ten niewątpliwie będzie wyjątkowy, ponieważ był pierwszy.

A jak Wasze wrażenia? Biegliście? Kibicowaliście?

___________________________________________________________


Chcecie być na bieżąco?

Zapraszam Was do obserwowania za pośrednictwem

Instagrama TUTAJ

Facebooka TUTAJ


3 komentarze:

  1. Gratulacje! Dla mnie półmaraton na razie jest tylko marzeniem :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Też tam byłem, wodę z pakietu startowego piłem, dzielnie kibicowałem i na wuwuzeli grałem. Świetny wpis. Bardzo dobrze oddaje wszystkie emocje, które i w naszym domu były obecne. Emocji związanych z samym biegiem nie da się przekazać bez obecności tam. Tobie udało się je ponownie we mnie wywołać. Wspaniała atmosfera i obecność kibiców na każdym etapie biegu... w tym się można zakochać. Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Byłaaam! Wiele emocji pokrywa się z moimi - to też był mój pierwszy półmaraton, przed nim największy dystans jaki zrobiłam to 18km. Jak chcesz - zapraszam do mnie na blog do poczytania :) Gratuluję i pozdrawiam!!

    OdpowiedzUsuń

Każdy komentarz to dla mnie nagroda i mobilizacja do dalszego pisania. Dzielcie się swoimi wrażeniami i przemyśleniami, chętnie wysłucham też Waszych uwag i sugestii, to miejsce tworzę dla Was!

Copyright © 2014 my healthy style , Blogger